NADCHODZĄCE WYDARZENIA
Wydawnictwo OIKOS
Strona główna Niedźwiedź rzucał mną jak szmacianą lalką (6/2019)
Artykuły - Niedźwiedź rzucał mną jak szmacianą lalką (6/2019)
Las Polski - Niedźwiedź rzucał mną jak szmacianą lalką (6/2019)

Niejako ku przestrodze przedstawiamy rozmowę z człowiekiem, który przed laty cudem przeżył atak rozjuszonego niedźwiedzia – Bogusławem Kowalczykiem z Zatwarnicy w Bieszczadach, fotografem przyrody i przedsiębiorcą branży agroturystycznej.

Pokaż/ukryj skróconą treść
Fot. arch. Bogusława Kowalczyka (2)

Śnią ci się niedźwiedzie?
Widzę zwłaszcza jednego. Jest duży i strasznie zły. Ma ciemnobrunatne futro, miejscami nawet czarne, z pyska cieknie mu ślina. Biegnie w moim kierunku i ryczy.

 

Dopada cię, czy znajdujesz ratunek?
Budzę się w momencie, gdy zdejmuje mnie z drzewa...

 

Jak to?
Tak było w realu.

 

Opowiedz od początku.
Zdarzyło się to dawno temu, w marcu 1998 r., ale upływ czasu nie wymazał ani chwili z tamtego dnia, kiedy rankiem wybrałem się do lasu. Poszedłem z zamiarem wytropienia wilków. Tydzień wcześniej jeszcze trzymał mróz, zalegała duża pokrywa śniegu, a potem przyszła nagła odwilż. Nie przeszkodziła mi w tropieniach, jednak spowodowała, że przebudziły się niedźwiedzie. One są wtedy w fatalnym humorze, odczuwają głód, a samice pilnują powitych w styczniu młodych. Wiedziałem o tym, ale nawet przez chwilę nie pomyślałem, że akurat ja znajdę się w sytuacji zagrażającej życiu.

 

Jak doszło do zbyt bliskiego spotkania?
Wspomniałem już, że śledziłem wilki. Wtedy spotkanie ich w lesie było czymś wyjątkowym, a ja właśnie zacząłem mocniej fascynować się życiem dzikich zwierząt, zwłaszcza drapieżników. Dostrzegłem na śniegu tropy czterech wilków; w pewnej chwili musiały się rozłączyć, bo po kilkuset metrach dostrzegalne były już tylko dwa tropy. Zatrzymałem się, żeby pomyśleć, co dalej robić. Otaczał mnie głęboki las, panowała niemal zupełna cisza. Nieopodal leżała wielka zwalona jodła. Przykuła moją uwagę, bo tuż za nią widniała jakaś ciemna bryła – niepodobna do pnia, stosu gałęzi i na tyle intrygująca, że podszedłem na kilka metrów. To coś było mocno brązowe, miejscami czarniawe, i lekko przyprószone śniegiem, który spadł zapewne z okolicznych drzew. W pierwszej chwili uznałem, że może tam leżeć odyniec, dlatego wycofałem się nieco dalej. Jeszcze raz się rozejrzałem, ale nie zobaczyłem żadnych niepokojących śladów, nie poczułem też żadnego charakterystycznego zapachu. Wyciągnąłem z plecaka jabłko, zjadłem i odruchowo rzuciłem ogryzkiem w stronę ciemnej niewiadomej. To był przełom.

 

Plama ożyła?
Zza kłody drewna wyłonił się niedźwiedź. Od razu stanął na tylnych łapach, ryknął raz i drugi, a kiedy złowił mnie wzrokiem, natychmiast ruszył. Stałem od niego w odległości nie większej niż 15–20 m. Miałem świadomość, że nie ujdę, że dopadnie mnie dwoma susami, ale instynktownie przebiegłem parę metrów i zacząłem wspinać się z krzykiem na dość rachityczną jodełkę. Chciałem go tym krzykiem powstrzymać, choćby na chwilę, żeby zyskać szansę wspięcia się jak najwyżej, ale był zbyt rozjuszony. Dopadł do mnie błyskawicznie, chwycił łapą za nogę i jednym ruchem zrzucił na ziemię.

 

A potem zaczął się pastwić?
Chwytał mnie pyskiem i rzucał jak bezwiedną, szmacianą lalką. Nie mogłem już krzyczeć, bo to jest ten moment, kiedy przez głowę przelatuje w filmowych kadrach całe dotychczasowe życie. A jednocześnie nieomal pewność, że są to ostatnie twoje chwile i wkrótce przeniesiesz się do świata umarłych. Nie czułem nawet strasznego bólu, łamanych kości, ciepła zalewającej mnie krwi. Trawiła mnie tylko okropna myśl, że gdy już mnie zabije, po kawałku będzie pożerał, tak jak ryś zjada po kawałku zabitą i ukrytą sarnę. Że ten niedźwiedź po prostu mnie gdzieś zakopcuje i będzie codziennie przychodził, aby sobie podjeść. Aż zostaną po mnie tylko kości, których długo nikt nie znajdzie.

 

Wizja jak z horroru.
Ale całkiem prawdopodobna. Przecież przed kilku laty niedźwiedź zabił człowieka w Bieszczadach i w pewnej części go zjadł. Straszne, lecz prawdziwe.

Parę innych osób zaatakowanych przez brunatne drapieżniki miało więcej szczęścia. Skończyli w szpitalu z koszmarnymi ranami, długo się leczyli, ale przeżyli.

Znalazłem się szczęśliwie w tej grupie, choć nie wierzyłem, że zdołam przeżyć. Wprawdzie gdy niedźwiedź porzucał mną w prawo i lewo, to później nagle zostawił. Nie straciłem przytomności, jednakże popełniłem kardynalny błąd. Zamiast zostać przez pewien czas w pozycji leżącej, nie ruszać się, dostałem takiego zastrzyku adrenaliny, że wstałem i zacząłem uciekać. Nie wiedziałem, że napastnik siedzi zaledwie pięć metrów dalej… Gdy zobaczył, że biegnę, natychmiast przypuścił drugi atak. Dopadł mnie po sekundach, walnął raz i drugi łapą. Spadłem na plecy, zasłoniłem odruchowo dłońmi twarz i wtedy chwycił w rozwartą paszczę całą moją głowę. Czułem, jak rani mi zębami czaszkę, zdziera z niej skórę… Mógł ją rozgnieść jednym uściskiem, ale tego nie zrobił. Poczułem natomiast, jak gruchocze mi obojczyk i łamie rękę w nadgarstku. O dziwo, nie poczułem zanadto bólu, kiedy odgryzał mi palec wskazujący prawej dłoni. Zresztą w tamtej chwili jeszcze tego nie wiedziałem.


 

Pamiętasz, jak długo cię masakrował?
Do dzisiaj nie jestem w stanie tego określić. Na pewno kilka minut, a raczej dwa razy po kilka minut. Wiem, że po drugim ataku nie chciał ze mnie zejść, tylko gryzł, szarpał i wduszał w ziemię, w śnieg zmieszany z błotem. Aż w końcu mnie zostawił i odszedł. Wciąż byłem świadomy, dlatego pozostałem w pozycji leżącej. Słyszałem coraz cichsze odgłosy oddalającego się drapieżcy, lecz dopiero po kolejnych paru minutach ostrożnie się podniosłem, choć na razie tylko do pozycji klęczącej. Niedźwiedzia nie było w zasięgu wzroku, więc jakoś się pozbierałem i w pierwszym odruchu, dosyć przedziwnym, zacząłem szukać swoich rzeczy – czapki i rękawic. Potem wyjąłem z plecaka kanapki, odwinąłem z nich papier i z niego zrobiłem sobie opatrunek na palec. Ledwo wisiał na strzępie skóry, musiałem go jakoś zabezpieczyć.

 

Dotarło do ciebie, że z powodu odniesionych ran, silnego krwawienia i osłabienia możesz nie zdołać dotrzeć do domu?

Oczywiście. Znajdowałem się ok. 200 m od szczytu Stołów i parę kilometrów od najbliższej ludzkiej osady. Głęboki las, samotność i natrętna myśl, że nie podołam. Mimo wszystko człowiek ma w sobie ogromne pokłady energii; w sytuacjach granicznych jest zdolny wyzwolić w sobie siły, o które sam by siebie nie podejrzewał. I tak się stało ze mną. Jakimś cudem, mimo pokąsanych nóg i głowy, mimo połamanych kości – wciąż parłem do przodu. Potykałem się, upadałem, ćmiło mi się w oczach, ale wewnętrzny głos podpowiadał, że ani na chwilę nie mogę się położyć, bo wtedy będzie po mnie. Dla zachowania przytomności nacierałem się śniegiem po twarzy i karku, wrzucałem też całe garści śniegu za kołnierz.

 

Szedłeś za dnia, ale była niedziela. W lesie ani pilarza, ani leśnika. Jak napotkać kogoś, kto udzieli pomocy?
Nie było na to prawie żadnych szans. Wprawdzie o tej porze roku w lasy zapuszczali się zbieracze jelenich poroży, ale wtedy jakby ich wymiotło. Z każdą minutą mój stan się pogarszał; puchłem, na rękach pojawiły się ogromne krwiaki. Pomyślałem jednak, że i tak jestem szczęściarzem – kilka warstw odzieży i plecak, który cały czas miałem na sobie podczas ataku niedźwiedzia, uchroniły mnie od głębszych, znacznie poważniejszych okaleczeń. Po pewnym czasie, nie potrafię dokładnie określić jakim, udało mi się dojść do stokówki, przy której wczesnym rankiem zostawiłem swój rower. Tylko jak na niego wsiąść? A jednak jakoś to zrobiłem i powoli pokonałem kolejny etap mojej drogi powrotnej, mniej więcej dwa kilometry. Później nie dałem już rady. Poczłapałem wolno dalej, ale z pełnym przekonaniem, że nie zdołam pokonać samodzielnie wzgórza dzielącego Hulskie od Zatwarnicy.

Niedźwiedź brunatny (Ursus arctos) – od czasu epoki lodowcowej największy drapieżnik naszego kontynentu. Ciężar dorosłego samca (w warunkach europejskich) dochodzi do 350 kg. Zwierzę jest tak silne, że z łatwością jednym uderzeniem łapy może zabić krowę czy dużego knura. Bez trudu odpędzi też wilczą watahę. Niedźwiedzie żyjące w Europie żywią się przede wszystkim pokarmem roślinnym, rozkopują też mrowiska, ale nie gardzą padliną i lubią zaglądać do pasiek. Samica co dwa lata rodzi młode (1–3), które pozostają przy matce ok. 18 miesięcy.

 

Zwątpiłeś w ratunek?
Nie. Moim celem stało się dotarcie do jedynego gospodarstwa w Hulskiem. Mieszkała tam znajoma rodzina. Było ok. 14.00, może 15.00, kiedy ujrzałem zagrodę. W tym samym momencie wyczuły mnie psy gospodarzy i natychmiast wypadły na mnie. Nie były duże, lecz straszliwie agresywne; gryzły mnie po nogach, rzucały się, nie chciały dopuścić do drzwi. A jednak mi się udało. Zastukałem pięścią. Otworzyła gospodyni i niemal upadła w progu z wrażenia. Wydukałem, że zaatakował mnie niedźwiedź, więc w jednej chwili z werwą, choć to już starsza kobieta, wciągnęła mnie do środka. Zdjęła ze mnie, co tylko się dało, i opatrzyła wstępnie rany. Nie wszystkie, tylko te, które zdołała odsłonić. Miała w kredensie rozmaite specyfiki na bazie miodu i spirytusu. Leżałem na łóżku, a ona centymetr po centymetrze odkażała te kąsane i szarpane rany. Oprócz niej nikogo wtedy na miejscu nie było, wszyscy pojechali do kościoła. Gdzieś po godzinie zjawił się w odwiedzinach u gospodarzy mój kolega z Zatwarnicy. Kilka lat później również padł ofiarą niedźwiedzia i też szczęśliwie udało mu się przeżyć. To on zawiózł mnie do domu, pomógł się przebrać i spakować do szpitala. Wiedziałem, że nie uniknę oddziału chirurgicznego. Po półgodzinie wrócili z niedzielnej mszy moi rodzice. Przestraszyli się, ale nie było już czasu na rozmowę. Kumpel wsadził mnie w auto i zawiózł do Lutowisk, skąd wezwano pogotowie. Godzinę później oglądali mnie lekarze w Ustrzykach Dolnych.

 

Oniemieli?
Przyjęli mnie bardzo spokojnie, nawet z uśmiechem. W tamtym czasie, pod koniec lat 90., niedźwiedzie atakowały w Bieszczadach regularnie, głównie zbieraczy poroży. Kilka osób hospitalizowano, niektórych z poważniejszymi niż moje ranami, innych z podobnymi. Gdy mnie przywieziono, w szpitalu leżał przykuty do łóżka mieszkaniec Dwernika. Dwa dni wcześniej naszedł niespodziewanie na niedźwiedzicę z młodymi, rzuciła się na niego natychmiast.

 

Od razu trafiłeś na stół operacyjny?
Pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. Siedziałem na kozetce w gabinecie zabiegowym oddziału chirurgicznego, półprzytomny, a lekarz dyżurny rozmawiał przez telefon. Usłyszałem: „Telewizja? Przyjeżdżajcie, mamy następnego pogryzionego przez niedźwiedzia”. Chciałem wtedy udusić tego lekarza, potem mi przeszło. W każdym razie zszyto mi rany, w tym palec wskazujący, choć nie na tyle dobrze, by wrócił do pełnej sprawności. Dostałem leki przeciwbólowe i zastrzyk, elegancko mnie opatrzono, po czym zaprowadzono do pojedynczej sali. Zdębiałem – na stole stał wazon z kwiatami, w rogu łóżko z nową pościelą. Pokój lśnił czystością. Tego samego dnia przyjechała telewizja rzeszowska i dziennikarz „Super Expresu”. Trafiłem na okładkę. Nazajutrz rano przed szpitalem stanęły dwa wozy transmisyjne ogólnopolskich stacji telewizyjnych, zjawił się też reporter radiowy.

 

I zaczęło się show.
Właśnie. Wywiady, zdjęcia, nagrywanie do kamery. Brakowało tylko, żeby ktoś zażądał autografu… (śmiech). To wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążyłem na spokojnie pomyśleć, czy warto opowiadać o moich przeżyciach. A dziennikarze naciskali: proszę mówić, to ważne, trzeba przestrzec innych. I tak dalej. Lecz tak naprawdę każdy wiedział, że taki temat dla mediów jest czymś ekstra w codziennej nudzie. Wszyscy zechcą o tym przeczytać i to obejrzeć. Później zabrano mnie z pojedynki i ułożono w sali czteroosobowej. Tam również musiałem opowiadać o ataku niedźwiedzia, tym razem pacjentom. Po czterech dniach miałem dość i na własną prośbę wyszedłem ze szpitala.

 

Ryzykant z ciebie.
Nie było tak źle. Zaaplikowano mi wszystkie niezbędne zastrzyki, wypisano recepty na medykamenty. Ale zanim zagoiły się rany na nogach, rękach, obojczyku i głowie, minęło półtora roku.

 

Dłużej nie goiły się rany psychiczne.
Pierwszy raz od wypadku poszedłem na krótki spacer do lasu, w pobliżu zabudowań, dopiero po kilkunastu miesiącach. Miałem taką blokadę, że mogłem oglądać las tylko z daleka. Traumatyczne przeżycia siedzą w człowieku strasznie długo, a ja i tak jakoś zdołałem się pozbierać. Wracałem jednak powoli, z nieustającą myślą, że znowu może się wydarzyć coś złego. Z czasem zapuszczałem się coraz dalej. Zbudowałem czatownię i od lat obserwuję niedźwiedzie oraz drapieżniki głównie z jej wnętrza.

Fotografuję, dokumentuję, bo to moja wielka pasja. I nie mam żalu do tamtego niedźwiedzia – był u siebie, wkurzyłem go, to pokazał mi, kto tu rządzi.

Rozmawiał: Krzysztof Potaczała

Jak się zbudzi…

Trwa sezon zbierania poroży jeleni w górskich lasach. Jak co roku, również i teraz nie brakuje amatorów tego typu zarobku – za kilogram poroża można dostać w skupie 100 zł. Ale zbieractwo, penetracja lasów, nie pozostają bez wpływu na dziką zwierzynę. Ta płowa po ciężkiej zimie jest bardzo wymęczona, a niedźwiedzie opuszczają z wolna gawry i pilnują urodzonych w styczniu młodych. W tym okresie samice mogą być – podobnie jak trzymające się z dala od potomstwa samce – bardzo niebezpieczne.

Jak uniknąć spotkania z niedźwiedziem:

• nie penetruj młodników,

• wędruj po wyznaczonych szlakach, wyłącznie w dzień,

• nie puszczaj wolno psów,

• nie wyrzucaj resztek jedzenia.

Gdy spotkasz niedźwiedzia:

• nie krzycz,

• nie wykonuj gwałtownych ruchów,

• nie uciekaj, lecz staraj się powoli wycofać,

• jeśli nie zdążysz, padnij twarzą do ziemi, osłoń rękami głowę.


data modyfikacji: 2019-05-17 14:29:59
Las Polski - aktualny numer
Polecamy