NADCHODZĄCE WYDARZENIA
Wydawnictwo OIKOS
Strona główna Stawiam na pracę zespołową (04/2019)
Artykuły - Stawiam na pracę zespołową (04/2019)
Las Polski - Stawiam na pracę zespołową (04/2019)

Arkadiusz Wojciechowicz, nowo mianowany dyrektor RDLP w Katowicach, nie tylko stawia na działania zespołowe, ale także utożsamia się z całą firmą, jaką są Lasy Państwowe; jest pełen empatii, lecz nie boi się trudnych decyzji; ma też pomysł na to, jak różnorakie doświadczenie zawodowe przekuć w sukces na nowym stanowisku.

Pokaż/ukryj skróconą treść

Na stanowisko dyrektora RDLP w Katowicach trafił Pan dość niespodziewanie.

To prawda, znalazłem się tu nagle. Myślę, że cała Służba Leśna, jak sama nazwa wskazuje, jest właśnie służbą. To dyrektor generalny wskazuje, kogo widzi na jakim stanowisku. I czasem to spore zaskoczenie także dla samego zainteresowanego.

 

Czyli nie spodziewał się Pan tej nominacji?

Nie spodziewałem się. Od trzech lat byłem zastępcą dyrektora w RDLP we Wrocławiu, dyrekcji dosyć trudnej z uwagi na to, co się tam dzieje: okres posuchy, wiatrołomy, szkodniki pierwotne. To były trzy lata naprawdę ciężkiej pracy i wzmożonego wysiłku.

I wszystko, łącznie z moimi zadaniami, wydawało się w miarę poukładane, zorganizowane, ludzie czuwali i wiedzieli, co mają robić. A tu nagle telefon od dyrektora generalnego: czy takie wyzwanie, jak kierowanie sąsiednią dyrekcją, podejmę. Odpowiedziałem: „z panem dyrektorem się nie dyskutuje i dla mnie to jest obowiązek, żeby przyjąć taką propozycję i wykonywać swoje zadania zgodnie z ustawą o lasach”.

I tak się stało. To pierwsza przyczyna mojej tu obecności.

Druga, która zadecydowała, że się zgodziłem, to fakt, że mam żonę z Katowic, więc Śląsk jest mi bliski. Pochodzę z Opolszczyzny, która tak naprawdę trochę ciągnie do Śląska, i tradycje śląsko-opolskie są w rodzinie. My też nie obchodzimy imienin tylko urodziny (śmiech). W taki sposób znalazłem się właśnie tutaj. I w zasadzie z marszu wszedłem w nowy zakres obowiązków.


Pana i rodzinę czeka przeprowadzka? A żonę powrót w rodzinne strony?

Sądzę, że na razie nie będzie takiej potrzeby. Dyrektorzy są bowiem z powołania, jako wspomniana służba, i czas tak naprawdę pokaże, co będzie dalej. Dzieci małych nie mam, obowiązków rodzinnych skierowanych na nie też nie, więc możemy się z żoną oddać pracy. Nie jest to aż tak daleko, by raz w tygodniu nie móc się spotkać. A przy okazji, po drodze, można odwiedzić jakieś nadleśnictwo. Co będę czynił (śmiech).

 

Jest Pan bardzo pozytywnie oceniany przez pracowników poprzedniej jednostki – jako człowiek i zwierzchnik. Będzie się Pan starał zaskarbić sobie przychylność ludzi w nowym miejscu?

Będę kontynuował to, co udało mi się osiągnąć we Wrocławiu, bo nie ukrywam, że jak o nim wspominam, i o ludziach, z którymi pracowałem, to łezka w oku się kręci.

Ze wszystkimi trzeba rozmawiać, bo każdy z nas jest człowiekiem i ma problemy różnego kalibru. Praca jest pracą, ale poza nią warto też wiedzieć, co dzieje się u ludzi. Sądzę, że byłem osobą, która starała się na tyle, na ile mogła, i na ile jej pracownicy zaufali, pomóc. Korzystając z możliwości, starałem się wspierać. I tutaj, w Katowicach, o ile będzie mi to dane, również chciałbym wprowadzić taką atmosferę. Nie świadczy to jednak o tym, że jestem człowiekiem, który nie podejmuje koniecznych decyzji. Bo czym innym jest pomoc, a czym innym rozliczanie z pracy. I o tym zawsze powinno się pamiętać.

 

Jest Pan w końcu szefem…

Jestem szefem, jakby to butnie nie brzmiało, i najważniejsze jest dla mnie to, by każdy swoją pracę wykonywał rzetelnie, dobrze i na czas. To jest moje hasło przewodnie.

Jestem zwolennikiem pracy zespołowej, lubię pracować z ludźmi, pomagać im, ale musi to być kompatybilne z tym, co robimy. A wszyscy pracujemy na rzecz Lasów Państwowych. Taką politykę uprawiałem, uprawiam i będę uprawiał. Staram się wzbudzić w ludziach zaufanie do mnie i tego samego oczekuję od nich. Liczę na lojalność, dobrą współpracę, spodziewam się, że efekty tej pracy będą z korzyścią dla wszystkich, abyśmy byli w społeczeństwie i w Lasach postrzegani po prostu dobrze. To, że w poprzedniej jednostce byłem człowiekiem otwartym, to z jednej strony dobrze, z drugiej zaś może budzić kontrowersje, bo ktoś może uważać, że „z tym gościem wszystko da się załatwić”. A to nie tak. Byłem szefem narzucającym pewne tempo pracy i swoje wymagania. Tak jak wspomniałem, bardzo często działaliśmy zespołowo i to zespół wypracowywał technikę naszej pracy. Oczywiście później rozliczali to wszyscy – czy zrobiliśmy coś dobrze, czy się udało. A tych wyzwań było naprawdę dużo.

 

Mówi Pan wiele o pracy zespołowej. Nie kojarzy mi się ona jednoznacznie z Lasami Państwowymi. Często odnoszę wrażenie, że mamy w Polsce ponad 400 odrębnych podmiotów zarządzających lasami.

Tak, to prawda. Bardzo często rozmawialiśmy z nadleśniczymi na ten temat, że brak im współpracy, a sporo jest rywalizacji. Ten stereotyp staraliśmy się zmienić. I po części się to nam udało. Wiadomo, że konkurencja jest, była i będzie, bo każde nadleśnictwo stara się być jak najlepsze. Zawsze staraliśmy się jednak wprowadzać pewne wspólne standardy. Polegało to na tym, że zbieraliśmy nadleśniczych i ustalaliśmy, że razem wypracujemy rozwiązanie danego tematu. I taki standard wdrażaliśmy we wszystkich nadleśnictwach. Po pierwsze po to, żeby łatwiej nam było pracować w wyznaczonych normach, a po drugie dlatego, że prościej taką pracę analizować, wyciągać wnioski i w końcu podejmować decyzje. I stąd praca zespołowa. Jeśli staralibyśmy się z każdą z jednostek rozmawiać indywidualnie, to nie spotkalibyśmy się „w jednym miejscu”, żeby wyciągnąć odpowiednie konkluzje.

 

Pan też chyba szukał swojej drogi w życiu? Może się Pan pochwalić sporym bagażem doświadczenia zawodowego. Praca w parku narodowym, starostwie, Lasach, sektorze prywatnym…

Zawsze byłem człowiekiem żądnym wiedzy i poznawania czegoś nowego. Park narodowy pojawił się przy okazji pomysłu na doktorat. Praca tam miała być niejako kontynuacją wyróżnionej pracy magisterskiej z ochrony lasu, którą obroniłem pod kierunkiem prof. Andrzeja Grzywacza. Akurat zwolniło się miejsce w Parku Narodowym Gór Stołowych, w komórce, której zadania odpowiadały mniej więcej temu, o czym pisałem. Jej tematem był wpływ patogenów korzeniowych na drzewostany świerkowe Gór Stołowych i Bystrzyckich.

 

Idealnie się Pan wstrzelił swoją pracą w nadchodzące problemy.

Tak się złożyło. Najpierw byłem tam referentem, potem adiunktem, pełniąc rolę jakby inżyniera nadzoru. Z biegiem czasu powstały powiaty, m.in. kłodzki, całkiem spory. Osoba, która została starostą, zaproponowała mi stanowisko kierownika referatu ochrony środowiska w Bystrzycy Kłodzkiej, czyli w oddziale zamiejscowym. Było tam sporo lasów prywatnych, więc szukali kogoś, kto się na nich zna. Gdy spojrzałem na to wszystko od strony racjonalno-ekonomicznej – odległość dojazdu, pensja, sytuacja rodzinna – postanowiłem skorzystać z propozycji.

W starostwie stworzyłem dokument dotyczący zwiększenia lesistości powiatu kłodzkiego, chcieliśmy zalesić tereny, które były nieużytkami. Jak wiadomo, musiałem mieć opinię dyrekcji Lasów Państwowych. Dokument ten, jeden z pierwszych tego typu w kraju, bardzo spodobał się dyrektorowi RDLP, który na jednym ze spotkań stwierdził, że skoro jestem młodym kreatywnym człowiekiem, to on ściągnąłby mnie do RDLP. Akurat trafiłem na czas wymiany kadr i od 2000 r., przez dwa lata, dojeżdżałem do pracy z Kłodzka do Wrocławia. Jak widać, dojazdy do pracy nie są dla mnie novum (śmiech). Pracowałem tam m.in. w wydziale organizacji, jako rzecznik prasowy, w wydziale kontroli, marketingu.


W międzyczasie był też biznes prywatny. Prowadził Pan tartak.

Gdy pracowałem w wydziale marketingu, jak każdy młody człowiek zapragnąłem coś w życiu zmienić. Akurat firma Stora Enso ogłosiła konkurs na stanowiska dla osób, które zajęłyby się zakupami drewna. Z racji tego, że dość dobrze znam język niemiecki, przystąpiłem do konkursu organizowanego w Austrii i udało mi się przejść całą procedurę. Zostałem kimś na kształt szefa zakupów na teren południowej Polski. Po kilku latach, gdy zmienił się system zakupów drewna w LP i postanowiono sprzedawać tylko firmom z kraju, udało mi się, podczas jazdy w terenie, odnaleźć tartak w Murowie. Chciałem odkupić drewno, które właściciel miał akurat na placu. Dyrektor zakładu stwierdził, że drewna mi nie sprzeda, bo nie jest jego, ale do zbycia może być zakład. Zrobiłem zdjęcia i wysłałem informację do Austrii, że znalazłem fajne miejsce, nadające się do przecierania drewna i wywożenia gotowego surowca do Austrii. W ten sposób stałem się dyrektorem tartaku. Tak naprawdę to moje dziecko. To była trudna kariera, bo, jak wiadomo, biznes prywatny rządzi się swoimi prawami, ale udało mi się doprowadzić inwestycję do obecnego stanu. A wszystko dlatego, że dostałem zadanie, by zakład przez dwa lata przynosił zysk. Mamy tam teraz jeden z najnowocześniejszych tartaków w Polsce. I uratowaliśmy ok. 160 miejsc pracy. Udało się też nawiązać owocną współpracę z gminami i wspomóc je choćby w budowie dróg.

 

Stawia Pan na jasne określenie celu i jego realizację?

Naturalnie. Mam w sobie dużo empatii. Jestem człowiekiem spokojnym i rozważnym, nie podejmuję decyzji pochopnie. Jak mówiłem, jeżeli mam problem, to staram się go rozwiązywać zespołowo. Uważam, że do każdego problemu trzeba podejść indywidualnie, on nigdy nie jest taki sam. I tak będę postępował – szukając wspólnego rozwiązania problemów. Jednak tak, jak pan powiedział, wszedłem w nowe środowisko, mam nowych ludzi, których muszę poznać i ocenić. I tak naprawdę zobaczyć, jak pracują i co robią. 

 

A jakie wyzwania, nazwijmy je kluczowymi, które czekają dyrekcję w Katowicach, dostrzega Pan już teraz?

Po pierwszym zapoznaniu się z załogą i nadleśniczymi uważam, że wszystko idzie na bieżąco. Są tematy kluczowe, które będą wymagały bliższego przyjrzenia się, jak choćby kwestia szkodników wtórnych i okresu posuchy na południu dyrekcji i kraju. Tam też jest trochę kłopotów ze sprzedażą drewna. Chciałbym to udrożnić – mam na to plan i sposoby, które zostały już wcześniej wypracowane przeze mnie w dyrekcji wrocławskiej. Znam też rynek, z racji pracy w nim przez kilka lat, wiem więc, do kogo się zwrócić z prośbą i jak zorganizować pomoc. Inne problemy będą się zapewne pojawiały na bieżąco. One na pewno tutaj są, jak w każdej jednostce.

 

RDLP w Katowicach to jedna z największych, i na pewno najbardziej rozległych, dyrekcji w kraju. Również bardzozróżnicowana geograficznie, co nie pozostaje bez wpływu na gospodarkę leśną.

To jest dyrekcja bardzo podobna do mojej wcześniejszej. Faktycznie większa, ale spektrum spraw i ukształtowanie terenu nie różnią się zanadto. Współpracowałem już od dawna z kolegą Hubertem Wiśniewskim, mieliśmy nawet opracowany plan wspólnych szkoleń dla kadry w nadleśnictwach obu dyrekcji. To, co będę chciał zrobić, a czego tutaj chyba zabrakło, to spotkania z przemysłem drzewnym. Chcę się widywać się z większością odbiorców, których tutaj, na terenie Śląska, jest bardzo dużo. Chciałbym porozmawiać nawet z właścicielami najmniejszych tartaków, by rozładować problemy ze sprzedażą surowca. Nie chcę się ciągle odnosić do Wrocławia, bo jestem tu i teraz, i zajmuję się tą dyrekcją, ale naprawdę są one bardzo podobne pod wieloma względami. Chcę także poruszyć temat zakładów usług leśnych. Tu także widzę podobieństwa, bo i tu brakuje ludzi do pracy. Mam tego świadomość. Rozumiem też to, że stawki za usługi leśne muszą wzrastać i że jesteśmy zmuszeni sobie z tym jako Lasy poradzić. Bo mamy przecież ograniczony budżet wynikający z naszych przychodów.

 

Porusza Pan kwestię dość ciekawą. Brak ludzi do pracy zmusza nas do zwiększania mechanizacji. Czy to słuszna droga? Czy maszyny powinny się pojawiać także w nadleśnictwach?

Tak. Wymusza to na nas rynek pracy i brak ludzi. Proszę wziąć pod uwagę fakt, że w Polsce powstaje bardzo dużo nowych inwestycji, wiele nowych zakładów pracy, mamy też niskie bezrobocie. To dobrze, ale… praca w lesie jest specyficzna, trudna i niebezpieczna. Uzależniona od warunków atmosferycznych. Trudno znaleźć takich, którym się ona spodoba. Pozostaje jeszcze kwestia wynagrodzenia. Za ciężką i niebezpieczną oczekuje się znacznie więcej.

W dyrekcji katowickiej mamy dwa przykłady maszyn w jednostkach – Kłobuck i Gidle. W drugim przypadku to ośrodek szkoleniowy i tak powinno pozostać. Zapotrzebowanie na wyszkolonych operatorów jest i będzie. Jeśli zaś chodzi o nadleśnictwa, to uważam, że skoro nie ma zakładu usług leśnych przyporządkowanego dyrekcji, a tu takowy był, ale jest w likwidacji, to uważam, że trzeba wykorzystać to, czym dysponujemy, i nie myśleć o kolejnych inwestycjach. Docelowo mam pomysł, że w razie sytuacji kryzysowych będziemy współpracowali z Bystrzycą Kłodzką i tamtejszym zakładem, który dostał zgodę na zakup maszyn. Nie chciałbym wprowadzać kolejnych urządzeń do jednostek w RDLP, bo trzeba też zadbać o firmy prywatne, które już posiadają taki sprzęt. Zobaczymy, jak będzie się układała współpraca. Absolutnie wszyscy muszą „wejść w sprzęt”, bo nie ma ludzi do prac. I jeśli gdzieś można pozyskiwać maszynowo, to trzeba to robić. Chcę wobec tego w przyszłości wydzielać pakiety harwesterowe z uwagi na to, że jest to metoda tańszego pozyskiwania surowca.

 

Ale obarczona ryzykiem – bo zostaje do wykonania mniej dochodowa część „hodowlana”, gdzie umaszynowienie nie ma racji bytu. Tam trzeba ludzi, których brak. I nagle może się okazać, że nie ma chętnych do jej wykonywania.

To ryzyko leżące po naszej stronie. Wszystko będziemy musieli przedyskutować i poradzić sobie z problemami. To dla nas wyzwanie. Oby nie dołożyły się do tego klęski… Ale po to mamy nadleśniczych z głowami na karku, by dać sobie z tym radę.

 

Jeden z Pana poprzedników, dyrektor Szabla, klęskę przekuł w sukces…

Tak, to mu się na pewno udało (śmiech). To trudny region, ale dobrzy ludzie. Jedna z rzeczy, których nie da się porównać z Wrocławiem, to wielka urbanizacja. Ten teren jest silnie zurbanizowany. Dużo więcej dróg, ludzi. To wszystko wpływa na gospodarkę leśną, zagrożenia. Z pewnością większość projektów rozwojowych skierowanych do mieszkańców, jak choćby budowa i modernizacja dróg we współpracy z samorządami, będziemy dalej realizować.

 

Lasy już od jakiegoś czasu stoją przed wyzwaniem, jakim jest skuteczna komunikacja ze społeczeństwem. W dyrekcji katowickiej udawało się unikać sytuacji drażliwych właśnie dzięki dobrej komunikacji. Czy dalej będzie prowadzona taka polityka?

Podjąłem już decyzję, że zostanie wyłoniony zespół lub wydział promocji i mediów. Będzie to jednostka, której zadaniem stanie się pokazywanie Lasów jako dobrze zarządzanej firmy, która prowadzi gospodarkę zrównoważoną, nastawioną na ekologię i edukację. Bo to robimy przecież bardzo dobrze. Mamy też dwa certyfikaty świadczące o tym, że prowadzimy gospodarkę w sposób prawidłowy – tak jesteśmy oceniani przez firmy zewnętrzne. Sądzę też, że pójdziemy w stronę dużych imprez masowych, które będziemy się starali organizować wspólnie z nadleśnictwami. Okazuje się, że takie wydarzenia są lepiej odbierane przez społeczeństwo niż małe, lokalne inicjatywy, o których potem się nie mówi lub są pokazywane w mniejszym zakresie. Będę na tym polu zapewne kontynuował działania poprzedników, ale przez pryzmat własnych doświadczeń.

 

Będzie Pan, jako twarz dyrekcji, promował katowickie lasy, podobnie jak pana poprzednicy?

Jestem twarzą dyrekcji z racji pełnionej funkcji, to się zgadza. Ale – tak jak mówiłem – stawiam na pracę zespołową i będę do tego celu wykorzystywał swój personel. Uważam, że każdy z nas powinien zaistnieć w mediach. Zawsze w takich wypadkach, bez względu na pełnioną funkcję, będzie on reprezentował dyrekcję katowicką. A uważam, że fachowców i dobrych ludzi mamy tutaj naprawdę wielu. I trzeba ich wykorzystywać.

 

Ponownie utożsamia się Pan z całą firmą.

Bo wszyscy pracujemy przecież na jej wizerunek. Odbieram firmę jako przedsiębiorstwo, zespół, a nie jedną osobę, która nią kieruje. Proszę spojrzeć na pracę w koncernach – jest trudna, ale na efekt końcowy pracują wszyscy. Mają do uzyskania konkretny wynik i muszą robić wszystko razem, by go uzyskać. W takich miejscach ludzie wspólnie budują firmę, łącznie za nią odpowiadają.

A jeśli chcemy w takim przedsiębiorstwie, w Lasach Państwowych, pracować, to musimy rzetelnie wykonywać swoje obowiązki. Proszę zwrócić uwagę, że działamy na bardzo pokaźnej powierzchni z dużą liczbą osób. Oczywiście nie jestem w stanie zapanować nad dowolnym z pracowników indywidualnie. Ale każdy z nich ma swoje sumienie i wie, jak pracuje.

 

Dobry menedżer jest od zarządzania, nie od pilnowania.

I dlatego będę wymagał tego od swoich nadleśniczych. Jeżeli w terenie znajdzie się osoba niegodna piastowania swojego stanowiska, to tak jak wynika z ustawy o lasach, gdzie każdy odpowiada za swoją część, a wszyscy sprawujemy opiekę nad powierzonymi nam lasami, w gestii nadleśniczego będzie dbanie i kształtowanie wizerunku jednostki na danym terenie. W LP zarządza się pionowo. Jeśli nie będą realizowane zadania związane z przepisami i wytycznymi – będziemy zmuszeni podejmować trudne decyzje. Ja także.

 

W dyrekcji katowickiej Pana poprzednik wprowadził dwa nowatorskie programy – kadr rezerwowych i Grupy Reprezentacyjnej Służby Leśnej. Jaki los je czeka?

Będę chciał utrzymać oba projekty. Co do tematu drugiego, to może w nieco innym charakterze – grupa reprezentacyjna nie będzie aż tak bardzo eksponowana. Bardzo podoba mi się zamysł dyrektora Kucharskiego odnośnie ślubowania do Służby Leśnej. Na pewno będę to kontynuował.

 

A co z innymi projektami? Budownictwo drewniane, samochody elektryczne, zmiany klimatyczne poruszane podczas COP24, którego Katowice były gospodarzem?

Uważam, że to bardzo ważna część naszej pracy. Wszystkie te projekty mają znaczenie. Po części są one wpisane w zadania, pokazujemy, że możemy wpłynąć na środowisko. Bardzo dużo mówimy o powietrzu, smogu i naszym, ludzi, nań wpływie. Każdy element, który wpłynie na poprawienie jakości środowiska, jest godny uwagi, jeśli będziemy mogli go realizować i będzie nas na to stać. Wtedy jak najbardziej powinniśmy się do tego włączać. Bardzo chwalę sobie projekt domów drewnianych. Niegdyś kojarzyły się one z ubóstwem i biedą, teraz są oznaką luksusu. Element drewniany jest przepiękny – i u nas, i u wielu naszych sąsiadów za granicą. Twierdzę, że drewno, jako materiał budowlany, jest doskonały: zdrowy, ekologiczny i ciepły. A pozostałe plany… Skoro ktoś się zdecydował, by je w Lasach realizować, to powinniśmy je kontynuować.

COP24 to bardzo duże wydarzenie w skali kraju. Udało nam się dobrze je przeprowadzić. Uważam, że miało ono pozytywny odbiór w społeczeństwie. Sporo pracy włożyli w to pracownicy LP i za to należy im się pochwała. Możemy być dumni z naszej pracy. Nawet gdy jechałem ostatnio komunikacją zbiorową, słyszałem rozmowę, że szczyt dał sporo dobrego nam, ludziom. Zwrócił uwagę społeczeństwa na problem klimatu. I bardzo dobrze. Także dla Śląska, który kojarzy się Polakom z hałdami i kopalniami. A ja, jadąc przez Śląsk, śmiem twierdzić, że to jeden z najbardziej zazielenionych zakątków naszego kraju.

 

Nie samym lasem człowiek żyje. W materiałach dotyczących Pana osoby szukałem informacji o pańskich zainteresowaniach, niestety bezskutecznie. Jakie zatem hobby ma Arkadiusz Wojciechowicz?

Znajduję przyjemność w bardzo wielu rzeczach. Sport, choć nie wyglądam (śmiech). Pozostaję za to na pewno wiernym kibicem. Lubię spędzać czas na łonie natury, zwiedzać. Jestem myśliwym. Ale też czytelnikiem. Chłonę książki namiętnie, ale, niestety, głównie w czasie urlopu, bo praca na stanowisku dyrektora nie pozostawia zbyt wiele czasu, a i sporo trzeba czytać także w pracy. A później człowiek zasypia nad lekturą (śmiech).

Rozmawiał: Bartosz Szpojda

data modyfikacji: 2019-03-20 13:41:21
Las Polski - aktualny numer
Polecamy