NADCHODZĄCE WYDARZENIA
Wydawnictwo OIKOS
Strona główna Survival w polskich lasach (13-14/2018)
Artykuły - Survival w polskich lasach (13-14/2018)
Las Polski - Survival  w polskich lasach (13-14/2018)
Las pozwala nam na wiele – żywi, broni, cieszy i bawi. Każda z tych funkcji wymaga jednak, zarówno od leśników nim administrujących, jak i osób zeń korzystających, przestrzegania pewnych zasad. Część z nich regulują przepisy prawa, wiele jednak zależy wyłącznie od nastawienia obu stron. W końcu w lesie znajdzie się miejsce dla wszystkich.
Pokaż/ukryj skróconą treść

Po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła „survival” naszym oczom ukaże się prawdziwy las odnośników zachęcających do spędzania czasu w lesie w ten właśnie sposób. Problem polega na tym, że te propozycje dotyczą czegoś, co w lesie jest nie tylko niezbyt mile widziane, ale momentami wręcz zabronione. Ustawa o lasach z 1991 r., obowiązująca po dziś dzień, o możliwości uprawiania survivalu na terenach leśnych nie wspomina. Mówi jednak o zakazie rozniecania ognia, niszczeniu drzew, krzewów, grzybów etc. A to jest z survivalem niejednokrotnie związane. Czy wobec tego ci, którzy chcą w ten sposób spędzać w lesie czas, są miłymi gośćmi, czy też kimś, kogo leśnicy nie chcą w nim widzieć?


Fot. Arch. Marka Bodyła


Obraz wypaczony

Sam termin „survival” jest dla społeczeństwa (tak cywilów, jak i leśników) na ogół jedną wielką niewiadomą. A to czego nie znamy, zazwyczaj nas przeraża. Survival najczęściej jednoznacznie kojarzy się z samotnym przetrwaniem w trudnych i niesprzyjających warunkach terenowych, z walką o przeżycie. Wiele w tym winy scenarzystów z Hollywood, którzy taką wizję prezentują w swych produkcjach. Gorsze są chyba tylko programy popularnonaukowe, których bohaterowie mierzą się z dziką przyrodą w różnych, częstokroć ekstremalnych sytuacjach (a przynajmniej tak to wygląda na ekranie). Oni to, z nieodłącznym nożem u pasa (czasem maczetą), ścinają drzewa, obdzierają korę, rozniecają ogień, polują i robią mnóstwo podobnych rzeczy, od których leśnikowi włos się jeży na głowie. I to wszystko solo! Na szczęście w Polsce o takie doświadczenia raczej trudno, co nie oznacza, że ich przeżycie jest całkowicie niemożliwe. Niemniej jednak obraz kreowany przez media pozostaje w ludzkich umysłach, kształtując wizję survivalu i survivalowca.

Survival w warunkach rodzimych jest zazwyczaj kojarzony ze środowiskiem leśnym jako najbardziej dzikim i niebezpiecznym. Krzysztof J. Kwiatkowski, współautor „Leśnego survivalu” (wyd. CILP), pedagog i promotor szeroko rozumianej sztuki przetrwania, tak definiuje survival: (...) jest to zespół postaw i świadomych zabiegów przygotowujących do przetrwania oraz służących przetrwaniu w przewidywanych trudnych i skrajnie trudnych sytuacjach. Survival jest sztuką dostosowywania samego siebie do warunków zewnętrznych oraz sztuką dostosowywania warunków zewnętrznych do swoich potrzeb. Przydatność swą okazuje zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy to sytuacji nietypowych, nagłych i groźnych, szczególnie wobec braku podstawowych środków do życia oraz narzędzi. Jak widać, nie jest to opis do końca hollywoodzki, choć z drugiej strony całkowicie od niego nie odstaje. Kim wobec tego jest polski miłośnik przetrwania w dziczy i czy jest dla niego miejsce w lesie?


Leśnicy słuchają fajnych pomysłów

Zakładając, że lasy są dla ludzi i zapraszają wszystkich, którzy chcą z oferowanego przez nie dobra korzystać, odpowiedź na powyższe pytanie powinna brzmieć – tak. Ale… By tak się stało, konieczne są pewne zmiany. – Uregulowanie kwestii przebywania osób, w tym m.in. tych, które uprawiają survival w lesie, ewidentnie wymaga zmian w ustawie o lasach – mówi Anna Pikus, naczelnik Wydziału Społecznych Funkcji Lasu w DGLP. – I takie działania staramy się podejmować. Niestety, nie jest to sprawa ani szybka, ani prosta.

Przede wszystkim trzeba przełamać opór leśnej braci. Wbrew pozorom to właśnie leśnicy najbardziej obawiają się survivalowców. Czy słusznie? Zależy, czy dany nadleśniczy zalicza się do grona osób, które sztukę przetrwania widzą oczyma Beara Gryllsa, czy też mają nieco bardziej asekuracyjne podejście do tematu. Dlaczego mowa o nadleśniczym? Z prostej przyczyny – ustawao lasach jednoznacznie wskazuje, kto za las i to, co się w nim dzieje, odpowiada. – Idea zdjęcia z nadleśniczych odpowiedzialności za poczynania osób trzecich przyświecała nam od samego początku. Jednak kwestie legislacyjne, jak już wspomniałam, nie są czymś, co można zrobić ad hoc. Tu potrzeba naprawdę solidnego przemyślenia tematu i wypracowania jak najlepszej drogi do tego, by uzyskać efekt, który usatysfakcjonuje wszystkich. Dlatego też staramy się z tymi, którzy mają taką wolę, rozmawiać. I jesteśmy jako Lasy Państwowe otwarci na ich pomysły – tłumaczy Anna Pikus.

A brzmią one całkiem sensownie. Jednym z nich jest Karta Włóczykija. – W ogólnym zarysie ma to wyglądać tak: nadleśnictwo dysponuje pewną pulą kart wstępu do lasu dla tych, którzy chcą uprawiać survival. Należy więc przyjść do nadleśnictwa i przejść np. godzinne szkolenie, na którym dowiemy się, czy i na jakich zasadach możemy rozpalać ogień, czy możemy zbierać drewno, jak się zachowywać, co ze śmieciami itd. Wszystko według odgórnie określonych zasad. Zainteresowany taką formą korzystania z lasu zgadza się na wszystko – obligatoryjnie – i podpisuje dokument, w którym jasno określone są nie tylko zasady, ale też stwierdzenie, że bierze on na siebie pełną odpowiedzialność za swoje czyny. I że pozostawia wszystko w stanie, w jakim zastał. Dodatkowo musiałby się zgodzić na legitymowanie przez służby leśne. Taki glejt byłby wydawany na określony czas. I za każdym razem, kiedy jego posiadacz chciałby się do lasu udać, musiałby ten fakt zgłosić leśniczemu, żeby ten wiedział, że ktoś w lesie przebywa. Niewiadomą pozostaje, czy miałyby to być karty jednoosobowe, czy np. rodzinne– tłumaczy Anna Pikus. – Zbliżony system funkcjonuje w USA w parku Yellowstone – dodaje.

Drugim pomysłem jest wyznaczenie oddziałów, w których zainteresowani mogliby uprawiać survival/bushcraft pod rygorem całkowitej odpowiedzialności za swoje czyny. Innymi słowy leśnicy wyznaczyliby takie miejsca w lasach, gdzie sztukę przetrwania można by wykonywać legalnie. Byłyby to miejsca, w których każdy zainteresowany mógłby stworzyć swój własny biwak, ale bez infrastruktury z góry narzuconej ze strony Lasów – mówi naczelnik Pikus.

W obu przypadkach widać jednak opór strony zainteresowanej przebywaniem w lesie, która utożsamia survival z całkowitą swobodą, a nie z dodatkowymi ograniczeniami i biurokracją. Środowisko zwolenników sztuki przetrwania niekoniecznie chce występować o jakiekolwiek przyzwolenie. Co to za survival, gdy się kogoś o coś trzeba pytać?

 

To styl życia, swoista filozofia

Czy survival zawsze musi się kojarzyć z włóczęgą po pustkowiach w samotności? Cytowany już Krzysztof J. Kwiatkowski ma na takie pytanie gotową odpowiedź popartą wieloletnim doświadczeniem: – Jestem raczej survivalowcem starej daty, który nie goni za nowinkami technologicznymi. Stawiam na jak najbliższy kontakt z przyrodą i ludźmi, którzy wraz ze mną w lesie przebywają. Ja po prostu od zawsze siedziałem w lesie. A jak nie w lesie, to w domu, gdzie czytałem książki. W tym sporo o… lesie. Ja oddychałem lasem, słuchałem lasu, leżałem pomiędzy mrówkami, pokrzywami, łaziły po mnie pająki – i to mnie cieszyło, to mi nigdy nie przeszkadzało. Napotykałem też dzikie zwierzęta. Lubiłem do nich podchodzić, nie kryjąc się. Uważałem, że mistrzostwem jest bycie jawne razem w środowisku, a nie oszukiwanie zwierząt poprzez chowanie się po krzakach.

Guru tych, którzy zwą się survivalowcami, uważa, bazując na doświadczeniu w pracy z młodzieżą tzw. trudną, że survival to doskonała metoda wychowawcza. Swoisty styl życia i myślenia, wielowątkowa filozofia. I tak też go traktuje. Czy takie podejście jest lepiej lub gorzej odbierane przez leśników? – Raczej nie jestem odbierany jako wariat – odpowiada w swoim nieco tajemniczym stylu.

Nie twierdzi też, że bycie survivalowcem to obowiązkowa samotność. Od lat z grupką ludzi wyrusza w Bieszczady, by czerpać pełnymi garściami z tego, co daje przyroda, las, wolność. Tam też ma swoje miejsce na ziemi. – Zaczynałem na łące pod lasem, Ale czegoś mi zaczęło brakować i pomyślałem, że czas ruszyć w teren. Przygotowałem więc pisma do Straży Granicznej, bo wtedy były granice, bym mógł je z młodzieżą przekraczać podczas wędrówek. Byłem w wielu urzędach, zebrałem multum pieczątek i udało mi się dopiąć swego – mogłem z podopiecznymi wędrować. Ale w pewnym momencie zachciałem więcej. I ruszyłem do nieistniejącego już Nadleśnictwa Wetlina, by załatwić miejsce pod stałą bazę. Dzięki „protekcji” żony ówczesnego nadleśniczego Krystyny Chmurskiej cały proces zdobywania zgody przebiegł w miłej atmosferze, pełnej uśmiechów i życzliwości. To dzięki Władysławowi Chmurskiemu (obecnie nad-

leśniczy Nadleśnictwa Cisna, które „wchłonęło” Nadleśnictwa Wetlina – przyp. red.) do dzisiaj mam najpiękniejsze miejsce pod słońcem. I teraz, gdy przyjeżdżam do biura nadleśnictwa po odpowiednie zaświadczenie, że mogę przebywać w lesie, czuję się, jakbym przyjeżdżał do siebie. A właściwie to przyjeżdżam do siebie. Czasem śmieję się, że tylko po to, aby pokłócić się przykawie z Romkiem Zielonką, zastępcą nadleśniczego…

Jak widać, najważniejsza jest właściwa postawa i nawiązanie dialogu, który z czasem może doprowadzić wręcz do przyjaźni.

 

Spętani przez prawo

Skąd więc całe to „halo” związane z survivalem, skąd opinie, że leśnicy nie przepadają za penetrującymi leśne ostępy miłośnikami sztuki przetrwania, a ci z kolei robią wszystko, by wykiwać „zielonych ludków” i jednak poczuć się choć trochę jak traper rodem z powieści o Indianach – wolni i nieskrępowani żadnymi ograniczeniami?

Głównym problemem jest prawo. Z jednej strony jesteśmy zobligowani do jego przestrzegania, z drugiej marzy nam się choć namiastka wolności, jaką możemy poczuć właśnie w lesie. Okazuje się jednak, że i tu obowiązują przepisy i są ich mniej lub bardziej gorliwi strażnicy. I o ile w środowisku pełnym ludzi, norm i nakazów nie odzywa się w większości z nas dusza anarchisty, o tyle w obliczu przyrody zdarza się to o wiele częściej.

Leśnicy jako administratorzy powierzonego im mienia, stojąc na jego straży, czasem nabierają przekonania, że to ich własność. Niekiedy wywołuje to konflikty na wielką skalę, innym razem skutkuje niechęcią do wszystkiego, co nosi choćby znamiona samowoli. A survival ma ich aż nadto. W tym przypadku prawo, które powinno być pomocą i ostoją, zawodzi. Anna Pikus wspominała, że podstawą powinna być zmiana ustawy o lasach. Takie głosy płyną zewsząd (przypomnijmy – „survival” w ustawie się nie pojawia, funkcjonuje natomiast pojęcie „biwak”, które jeszcze bardziej komplikuje sprawę).

Radca prawny Agnieszka Macura, miłośniczka m.in. górskich wędrówek, prowadząca stronę lesneprawo.pl, wskazuje na trzy kwestie, które budzą najwięcej wątpliwości, w tym właśnie na niejasności związane z definicjami: – Legalne biwakowanie w lasach jest dopuszczalne w miejscach wyznaczonych przez nadleśniczego lub właściciela lasu. Problemy, nad którymi warto się pochylić, to: brak definicji legalnego biwakowania (ja sugeruję kierować się definicjami ze słownika języka polskiego – odpoczynek w namiotach podczas wycieczki turystycznej), brak definicji legalnego miejsca wyznaczonego (moim zdaniem mogą być one wyznaczone na stałe lub też czasowo na indywidualny wniosek) oraz brak możliwości karania przez Straż Leśną za sam fakt biwakowania.

To jednak nie wszystko. Miłośnicy buszowania po lesie zgodnie twierdzą, że do pełni szczęścia potrzeba im jeszcze zgody na rozpalanie ognisk. I chyba właśnie to najbardziej przeraża leśników. I nie bez podstaw. 14% pożarów powstaje w wyniku zaniedbania, a przyczyna aż 39% pozostaje niewyjaśniona. W tych procentach mogą się ukrywać pożary wywołane przez mniej uświadomionych survivalowców. Ale i z tym problemem można sobie jednak poradzić, dogadując się po prostu z leśnikami (co potwierdza sam Kwiatkowski). Tu jednak wracamy do punktu wyjścia i haseł o ograniczaniu swobody survivalowania.

Do rozstrzygnięcia pozostaje jeszcze kwestia, która od dawna powinna być rozwiązana – odpowiedzialność za wypadki na terenach leśnych. Obecnie za wszelkie zdarzenia w lesie, nawet te najbardziej nieprzewidywalne, odpowiada administrator (czyli nadleśnictwo, a de facto nadleśniczy). Nie dziwi więc, że nikt nie chce brać na siebie takiego brzemienia i że usankcjonowanie i zarejestrowanie osób, które przebywają na terenie leśnym, jest na rękę LP. Na własnym bezpieczeństwie powinno chyba także zależeć survivalowcom.

 

A może jak myśliwi?

Można ich stawiać za swoisty wzór administracyjnego umocowania w lesie. Z jednej strony mogą w nim przebywać praktycznie bez ograniczeń, wystarczy, że wpiszą się do książki ewidencyjnej (nawet 24 godz. przed zamierzonym polowaniem), z drugiej nie muszą przechodzić żadnych szkoleń z zachowania się w lesie – wystarczy, że zdadzą egzamin łowiecki. Na dodatek każdy członek koła podlega ubezpieczeniu od wypadków podczas polowań, co zapewne cieszy leśników, zdejmując z nich przynajmniej w teorii odpowiedzialność. Dziwić może co najwyżej, także już wymieniony, brak wymogu przejścia szkolenia z zasad zachowania się w lesie – rozniecania ognia etc. Owszem, znajomość ustawy o lasach jest czymś, czego powinniśmy oczekiwać od myśliwych, ale ten sam warunek odnośnie korzystania z lasu (i znajomości związanego z tym prawa) obowiązuje każdego obywatela. Przecież nie każdy myśliwy ma z lasem poza polowaniami jakąkolwiek styczność.

Powraca więc pytanie, czy podobnego systemu nie można by wprowadzić dla grup, które zechcą korzystać z lasu? Czy nie byłoby rozsądne, by od trapera, który wchodzi do lasu, wymagać, by dowiedział się, czy akurat nie odbywa się na terenie planowanego „biwaku” polowanie? I vice versa – myśliwi powinni mieć świadomość, że nie są jedynymi korzystającymi z lasu po zmroku. Pytanie to pozostawmy otwarte, bo można je rozciągnąć na inne grupy – związane z lasem zawodowo i nieco bardziej okazjonalnie.

 

Nić porozumienia

Słuchając survivalowców i leśników, trudno oprzeć się wrażeniu, że istnieją solidne podstawy do tego, by obie grupy znalazły nić porozumienia. Zwróćmy uwagę, że każda z osób wypowiadających się na potrzeby niniejszego tekstu podkreśla, że rozmowa jest kluczem do zgody. Survivalowców i leśników więcej łączy, niż dzieli. A to, spoglądając na otaczającą nas rzeczywistość, wydaje się wręcz fenomenem. I tego się trzymajmy.

Bartosz Szpojda

Karta Włóczykija

Robert Dąbrowski:Dłuższy czas myślałem, co zrobić, aby działalność ludzi zajmujących się bushcraftem oraz survivalem mogła przejść na bardziej legalną stronę. Gdzieś z tyłu głowy miałem wizję leśnika, który gania tych biednych ludzi po lesie tylko dlatego, że chcą sobie w wolnym czasie powisieć na drzewach w hamaku. Ta wizja jest na pewno mocno przekoloryzowana. Sam spotkałem się z kilkoma leśnikami, którzy nie mieli nic przeciwko obozowaniu na terenach leśnych. Często ludzie, którzy zaczynają swoją przygodę z lasem, nie mają pojęcia, co i gdzie mogą zrobić. Dlatego chciałbym stworzyć pomost edukacyjny pomiędzy naszym środowiskiem a Lasami Państwowymi. Karta Włóczykija ma być w moim zamyśle czymś więcej niż kolejnym dokumentem, który musi posiadać każdy wchodzący na teren leśny. Jest skierowana do pasjonatów, którzy chcą spędzać wolny czas na łonie natury oraz dać coś od siebie. LP to swego rodzaju korporacja, do tego obwarowana przepisami prawnymi, więc Karta Włóczykija wydała mi się dobrym pomysłem do rozpoczęcia dyskusji.

Pomysł spotkał się z miłym odbiorem w Lasach, jednak nie jest tak prosto to wszystko wprowadzić. Wymagane byłyby zmiany ustawowe. Dyrektor Generalny LP może wprowadzać swoje przepisy i w tym trzeba szukać nadziei. Moje środowisko odebrało tę propozycję w bardzo różny sposób. Osoby negujące często mówią o kolejnym papierze, który ma ograniczać ich wolność. Kompletnie nie to było moim zamiarem. Każdy z nas ma chyba trochę oleju w głowie i zdaje sobie sprawę, co wolno robić. Jeżeli uważa, że ma prawo do wszystkiego i może rozpalać ogień wszędzie, obozować, gdzie tylko mu się podoba, to niestety jest za mało wyedukowany. W założeniu bowiem przyszły posiadacz Karty Włóczykija ma być osobą wyedukowaną przez leśniczego. Będzie wiedział, gdzie można obozować, co może tam robić. Leśniczy zaś będzie mógł spać spokojnie, bo przekazał podstawową wiedzę o swoim terenie i dokładnie wytłumaczył, co i gdzie możemy organizować.

Głównym problemem we wzajemnych kontaktach jest strach przed odpowiedzialnością za ludzi takich jak ja. Co ma zrobić leśniczy, kiedy wydarzy się jakiś wypadek?

Wiele osób wychodzi na starcie z założenia, że miejsca obozowania powinny być w głębi lasu, bo tam nie wlezie żaden wandal. Tylko co w przypadku, gdy ktoś dostanie tam np. zawału? Jak dojedzie karetka? Trzeba iść na kompromis, podejść do sprawy całościowo i merytorycznie.

Czy i jak karać? Tego nikt nie lubi. Uważam, że każda kara powinna być wymierzana proporcjonalnie do czynów. Jeżeli nie będzie ci się chciało ruszyć na spotkanie w najbliższym nadleśnictwie i potem spowodujesz np. pożar, bo nie wiedziałeś, że obowiązuje zakaz palenia ognia, lub rozbijesz obóz w miejscu totalnie zakazanym, to powinieneś ponieść za to stosowną karę. Karta Włóczykija ma pomóc zapobiegać takim ekscesom. Edukacja i jeszcze raz edukacja – ona rozwiąże takie problemy.

Jeżeli mam być szczery, to jestem zdania, że osoby, które lubią las, szanują ich gospodarzy. To my z reguły wchodzimy na tereny, za które ktoś odpowiada. Leśniczy to też człowiek i zawsze można z nim pogadać. Tak samo jak u nas, tak i u leśników na pewno znajdą się czarne owce, które nie będą chciały współpracować. Mam jednak nadzieję, że ten program pozwoli się nam lepiej poznać i LP zyskają armię ludzi gotowych do działania po ich stronie.

Prawo a rzeczywistość

Agnieszka Macur: Strażnicy leśni oraz pracownicy Służby Leśnej, którym przysługują uprawnienia strażnika leśnego, są upoważnieni do nakładania grzywien w drodze mandatu karnego za wykroczenia określone prawem. Przy biwakowaniu, oprócz mandatu za niszczenie zasiewów, sadzonek czy trawy, Straż Leśna może skierować wniosek o ukaranie do sądu za brak opuszczenia lasu po żądaniu osoby uprawnionej i rozniecanie ognia poza miejscami wyznaczonymi. I wówczas to sąd, a nie Straż Leśna, jeśli okaże się, że ktoś dopuścił się ww. naruszeń, może karać. Ograniczenia w nakładaniu mandatów wynikają z Rozporządzenia Ministra Środowiska z 24 września 2002 r. w sprawie zakresu wykroczeń, za które uprawnieni pracownicy LP, pracownicy parków narodowych oraz strażnicy łowieccy są upoważnieni do nakładania grzywien w drodze mandatu karnego.

W jaki sposób można się bronić przed przyjęciem kary? Choćby odmawiając przyjęcia mandatu (w przypadku wykroczenia z art. 156 § 1 k.w.). Wówczas sprawa trafi do sądu, co może skutkować przegraną i poniesieniem kosztów procesowych. Jest to też droga czasochłonna. W sądzie można jednakże wykazać, że np. w lesie się jedynie odpoczywało, a nie biwakowało – podczas procesu każda argumentacja jest dozwolona, ale należy pamiętać, że będzie ona podlegała ocenie sądu. Ponadto, na skutek tego, że sam fakt odpoczynku (biwakowania) nie jest zagrożony sankcją karną, to oskarżyciel, czyli w tym wypadku Straż Leśna, musi wykazać, że biwakowanie było połączone z niszczeniem zasiewów, sadzonek i trawy. W przypadku skierowania wniosku o ukaranie z art. 157 lub 82 k.w., to Straż Leśna musi wykazać, że ktoś nie opuścił lasu po wezwaniu lub że palił ogień w miejscu niewyznaczonym bądź w nim śmiecił etc.

Trudno generalizować, jak do kwestii „biwakowania” podchodzi się ogólnie w polskich lasach, bo nastawienie do biwakujących zależy zasadniczo od regionu kraju, nadleśniczego oraz np. tego, czy biwakujący po sobie sprzątają, czy nie. Z moich danych wynika, że w niektórych miejscach można się spotkać z ciepłym przyjęciem leśników i Lasy starają się nie robić problemów, w innych podchodzą do tematu bardzo rygorystycznie, trzymając się ściśle litery prawa. Z pewnością jednak leśnicy mają pełną świadomość, że o ile biwakowanie poza miejscami wyznaczonymi jest zabronione, o tyle nie można za sam fakt biwakowania karać. Chcąc jednak chronić las, muszą się doszukiwać przysłowiowego „drugiego dna”. Inaczej jest natomiast w parkach narodowych, gdyż ustawa o ochronie przyrody klasyfikuje biwakowanie poza miejscami wyznaczonymi jako wykroczenie. Tam mają prościej.


Każdy znajdzie dla siebie alternatywę

O zdanie nt. perspektyw uprawiania survivalu na terenie polskich lasów pytamy Łukasza Tuleja, podróżnika, przyrodnika, prowadzącego program „Naturalnie Polska” na kanale Planete+.

Zarówno w swojej pracy zawodowej związanej z kręceniem kolejnych odcinków „Naturalnie Polska”, jak i w bardziej prywatnych wyprawach stykał się Pan z kwestiami dotyczącymi możliwości uprawiania survivalu w Polsce.

Fot. Arch. Łukasza Tuleja

Zawodowo zajmuję się coachingiem, a elementy sztuki przetrwania wykorzystuję jako narzędzia rozwoju interpersonalnego. Staram się także promować, ogólnie rzecz ujmując, outdoorowy styl życia – zarówno w aspekcie survivalu, turystyki, jak i elementów obrony cywilnej, czego jednym z efektów jest mój udział w serii „Naturalnie Polska” dla Planete+. Moje prywatne wyprawy to jeszcze inna kwestia, ale w każdym z tych sektorów mojej działalności faktycznie muszę brać pod uwagę zasady prawa – niezależnie od kraju, w którym prowadzę działania.

 


Teoretycznie, podążając za literą prawa, uprawianie survivalu nie jest do końca możliwe.

Rozumiem, że mówiąc o „uprawianiu survivalu” ma Pan na myśli ćwiczenia różnych technik, sprawdzanie możliwości swojego organizmu lub funkcjonowanie ekipy wyprawowej w terenie? Albo myśli Pan o starym dobrym biwakowaniu? W takim aspekcie nie trzeba łamać prawa, jest wiele terenów do poszczególnych aktywności, na których zachowamy normy prawne. Nawet pozyskiwanie zwierzyny czy chronionych gatunków roślin do celów dydaktycznych jest możliwe, choć już nie w Lasach. Wszystko to kwestia organizacji, zaradności i zdrowego rozsądku, który nota bene tak niezbędny jest w sytuacjach faktycznie kryzysowych.

 

Można biwakować, ale tylko tam, gdzie wyznaczono odpowiednie miejsca.

„Biwakowanie jest dozwolone w wyznaczonych miejscach w Lasach Państwowych lub na terenie prywatnym za zgodą właściciela”, co często powtarzam w programie jako prowadzący i do czego się stosuję, prowadząc szkolenia. W programie zawsze dbamy, aby „bohater” spał w miejscu wyznaczonym, prywatnym lub za specjalną zgodą i nie widzę przyczyny, dla której nie mieliby tego robić widzowie. Choć miejsc biwakowych na terenie LP jest stanowczo za mało.

 

Przyzna Pan, że takie gromadzenie pozwoleń kłóci się nieco z ideą sztuki przetrwania.

Czy kłóci się to z ideą sztuki przetrwania? W mojej opinii nie jest to tak oczywiste. Żyjemy w świecie cywilizacji zachodniej, gdzie wszystko jest uregulowane. Musi się zgadzać w tabelce i mieć swoją wymierną w walucie wartość. My ćwiczymy zawsze w kontrolowanych warunkach, a takie zapewnia tylko teren prywatny lub wspomniane wcześniej wyznaczone miejsce biwakowe. Teren do „uprawiania survivalu” jest dostępny, ale nie jesteśmy już krajem rozwijającym się, krajem trzeciego świata, gdzie można pozwolić sobie na więcej, mniej lub bardziej oficjalnie. Wspomniałem już wcześniej, że wszystko możemy legalnie zorganizować tu w Polsce, mimo reżimu prawa lub wewnętrznych przepisów choćby LP czy parków narodowych. Tak jak wszystko wymaga to nieco wysiłku. Jeśli zaś mamy sytuację zagrożenia życia, stan konieczności wyższej, to nawet park narodowy może się stać areną działań, co miało już nieraz miejsce w historii.

 

Oglądając Pana programy, zauważyłem, że często odwiedza Pan tereny zalesione. Wspomina Pan także o ograniczeniach, jakie narzuca na nas prawo w kwestiach survivalu (jak choćby zakaz palenia ognia).

Program telewizyjny ma pokazać piękne, dostępne dla każdego miejsca turystyczne, ale nie wszystkie z nich są odpowiednie do ćwiczeń survivalu, stąd tak często wspominam o ograniczeniach. To nie jest tak, że turysta czy survivalowiec mają związane ręce i nigdzie nie zrobią garnka z lipy, ogniska dakota albo nie nazbierają grzybów – Polska to kraj pełen alternatyw.

 

Ja jednak chciałbym zapytać o Pana zdanie w kwestii tego, jak powinien wyglądać survival w naszych warunkach?

To zależy, co chcemy zrobić tym całym survivalem, że tak się wyrażę. Każdy może znaleźć dla siebie alternatywę. Dla rekonstruktorów znalazła się przestrzeń w grodach i stowarzyszeniach, dla grup paramilitarnych także, turyści znajdują swoje szlaki. Wymieniam te grupy, bo łączy je wspólny pierwiastek, jakim jest przetrwanie w aspektach historycznych, militarnych, wyprawowych, nieco upraszczając. Survival, taki gdzie ścinamy drzewa, pozyskujemy rośliny, grzebiemy w ziemi itd., powinien się moim zdaniem odbywać na terenie prywatnym. Z kolei survival w wersji „zostawiam ślady stóp” nie kłóci się z obszarami Natura 2000, parkami krajobrazowymi itd. Mamy alternatywy.

 

Zapewne spotykał Pan na swej drodze pracowników Lasów Państwowych. Jak postrzega Pan ich spojrzenie na survival?

Z pracownikami LP miałem okazję rozmawiać wielokrotnie. Sam survival brzmi trochę infantylnie w ich uszach, dopóki nie nastąpi wymiana informacji dziedzinowych o roślinach, zwierzętach i ekosystemie, który chronią. Tu pojawia się zrozumienie. Natomiast sami survivalowcy wciąż budzą wiele zastrzeżeń…

 

Z drugiej strony ma Pan na pewno wielu znajomych, którzy uprawiają czynnie ten sport (pasję). Jak patrzą oni na ograniczenia i jak sobie z nimi radzą?

Niektórzy po prostu łamią prawo, schodząc ze szlaków tam, gdzie jest to zabronione, a niektórzy niosą do lasu drewno na ognisko, żeby nic z lasu nie zabrać i nie zniszczyć. Takie dwie skrajne postawy zaprezentuję, gdyż mamy tu do czynienia z całą gamą zachowań. Tak jak w społeczeństwie. Nikt nie lubi ograniczeń, choć wynikają one często z zasad wspólnej egzystencji. O dojrzałości społecznej świadczy właśnie umiejętność akceptacji pewnych ograniczeń dla dobra ogółu – ale tu już wchodzimy w filozofię, socjologię i politologię. Moim zadaniem jest m.in. edukować, nie tylko poprzez przyrodę.

 

Idąc dalej tym tropem, czy byłby Pan za tym, by LP w jakikolwiek sposób usankcjonowały/unormowały kwestię turystyki survivalowej w Polsce?

Z mojej obserwacji wynika, że inicjatywy, w których nadzór przejmuje jakakolwiek instytucja państwowa, tracą swój pierwotny wydźwięki charakter – idea gdzieś zanika, pojawiają się tabelki… Najlepszy efekt, impakt na społeczność, mają inicjatywy oddolne, gdzie idea, obyczaj, kultura, a nie prawo, stanowią wyznacznik jakości. Stąd jestem przeciwny normowaniu „turystyki survivalowej” przez Lasy. Są inne rozwiązania proobywatelskie.

Osobiście apeluję do LP, aby zwiększyły liczbę miejsc biwakowych i infrastrukturę turystyczną. Leśna polana z możliwością rozpalenia ogniska i biwaku dla grupy buschcrafterów/survivalowców nie wymaga regulacji prawnych, a daje możliwości rozwoju pasji w kontrolowanych, bezpiecznych dla wszystkich warunkach.

Rozmawiał: Bartosz Szpojda

data modyfikacji: 2018-08-29 13:12:21
Las Polski - aktualny numer
Polecamy