Bieszczady - Niedźwiedź uniewinniony

28 listopada 2014 09:36 2014 Wersja do druku

– Potężny niedźwiedź wybiegł z zarośli, stanął na dwóch łapach i próbował nas zaatakować – opowiadają ratownicy Grupy Bieszczadzkiej GOPR. – Zeskoczyliśmy z quada i rzuciliśmy się do ucieczki.Takie dramatyczne zdarzenie miało miejsce 18 października w lesie nad Olszanicą. Goprowcy poszukiwali tam 60-letniego mieszkańca wsi, który nie wrócił na noc do domu.

Część ratowników przeczesywała las pieszo, kilku zaś na quadach. Mieli ze sobą kontakt radiowy. – W pewnym momencie usłyszałem w słuchawce zdecydowany głos kolegi: „Natychmiast wycofać się z lasu! Próbował nas zaatakować niedźwiedź” – relacjonuje jeden z nich.


                    Fot. K. Nóżka
Niedźwiedź brunatny sfotografowany w bieszczadzkim lesie. Groźny to drapieżnik, ale zazwyczaj ustępuje ludziom z drogi

Późniejsze relacje były bardziej szczegółowe. – Jechaliśmy z kolegą quadem. W pewnej chwili w odległości ok. 50 m coś poruszyło się w zaroślach. Pomyślałem, że to dzik, ale kiedy podjechałem bliżej i zatrąbiłem, z krzaków nagle wyłonił się niedźwiedź. Błyskawicznie stanął na tylnych łapach i zaryczał. Zeskoczyliśmy z pojazdu i rzuciliśmy do ucieczki. Zwierz za nami nie pędził, zajął się naszymi plecakami… Po kwadransie wróciliśmy na miejsce zdarzenia razem ze strażakami, ale niedźwiedź ani myślał odejść. Na nasz widok rzucił się na quada. Uderzał w pojazd, dziurawił pazurami, potem wywrócił go do góry kołami. Wycofaliśmy się i wróciliśmy dużym strażackim wozem, ale dopiero po kolejnych kilkunastu minutach mogliśmy zabrać naszego quada – opowiada Hubert Marek.

Drapieżnik krwawił. Leśnicy i myśliwi spekulowali, że być może został wcześniej zraniony przez kłusownika albo ucierpiał w potyczce z innym niedźwiedziem. Nie wykluczano też, że zranił się podczas gryzienia czterokołowca – mógł przeciąć np. język.



                   Fot. K. Potaczała
                   Ślady pozostawione przez niedźwiedzia na goprowskim quadzie

Akcję poszukiwania zaginionego mężczyzny wznowiono 20 października. Ostrożnie, gdyż obawiano się, że w razie nagłego kontaktu z niedźwiedziem, może on bez wahania zaatakować. – Szczęśliwie nikt z nas na wielkiego drapieżcę już nie natrafił, za to odnaleźliśmy, niestety już ciało, 60-latka – opowiada Krzysztof Szczurek, zastępca naczelnika Grupy Bieszczadzkiej GOPR. – Znajdowało się jakieś 20 m od miejsca, w którym niedźwiedź próbował zaatakować goprowców. Media zaczęły spekulować, że do śmierci mężczyzny mógł przyczynić się zwierz.

Nazajutrz rozpoczęło się tropienie. Minister środowiska wydał zgodę na uśpienie rannego
zwierza bądź odstrzelenie. Do lasu ruszyła 24-osobowa ekipa doświadczonych myśliwych z psami oraz leśników, przyrodników i weterynarzy.

Do czwartku nie natrafiono na ślad, a dla bezpieczeństwa mieszkańców okolicznych wsi władze gminy Olszanica opublikowały komunikat o zakazie wstępu do lasu. Żeby mieć większe szanse na lokalizację niedźwiedzia, w różnych miejscach rozmieszczono fotopułapki. Niemal w tym samym czasie nadeszły z Krakowa wyniki sekcji zwłok mieszkańca Olszanicy. Okazało się, że został zamordowany. Tym samym niedźwiedzia „uniewinniono” i cofnięto pozwolenie na jego odstrzelenie.

Dr Wojciech Śmietana, wieloletni badacz niedźwiedzi, twierdzi, że podejrzewanie bieszczadzkiego osobnika o zabicie człowieka od początku wydawało się naciągane. – A już tropienie w sytuacji, kiedy jest zraniony i mocno podenerwowany, mogło się zakończyć kolejną ludzką tragedią – podkreśla.

A dlaczego w ogóle niedźwiedź postraszył goprowców? – To oczywiste – tłumaczy dr Śmietana. – Został zwabiony zapachem rozkładających się zwłok, a zaraz potem pojawili się ludzie na quadzie. Zaskoczony, nie mógł zareagować inaczej jak agresją.

KP